środa, 30 listopada 2016

Cztery filmy, trzy debiuty i jeden nie

Andrzej Wajda był w pewnym sensie symbolistą kina polskiego, coś jak Jacek Malczewski w malarstwie.Umarł też symbolicznie bo 9 października 2016 był ostatnim dniem warszawskiego Kongresu Kultury. Symbolicznie ułożyła się też historia premiery  "Powidoków" (powidoki - wizje optyczne powstające w wyniku intensywnego patrzenia w słońce), ostatniego  filmu A. Wajdy, z nominacją do Oscara 2017,  za - jak czytamy w uzasadnieniu wyboru Komisji Oscarowej -  "przejmującą i uniwersalna historię niszczenia jednostki przez system totalitarny". Premiera światowa tego filmu, odbyła się we wrześniu 2016 w Toronto, później film wędrował po świecie, a większość dochodzących do nas recenzji zaczynała się mniej więcej tak: "Jeden z najznakomitszych twórców w historii kina, zdobywca wielu nagród filmowych – Andrzej Wajda, przedstawia historię człowieka niezłomnego, Władysława Strzemińskiego, pioniera polskiej awangardy, ze znakomitą rolą Bogusława Lindy". Polska premiera Powidoków Andrzeja Wajdy, reżysera, który zawsze robił filmy ważne dla Polaków, ma się odbyć podobno w styczniu albo w marcu 2017 (sic!). Czekając na mocno spóźnione "Powidoki" można się za to skupić na subiektywnym  wyborze najnowszych i najciekawszych, czterech polskich  filmów, młodych, debiutujących "fabularnie" (poza jednym) reżyserów.  Efekt przeszedł  najśmielsze oczekiwania: cztery znakomite filmy,świetnie zrobione i zagrane, problemowe, do dyskusji. Andrzej Wajda byłby zadowolony, chociaż nie jest to jego kino literacko-malarsko-symboliczne.


 "Kamper"znakomity  debiut fabularny Łukasza Grzegorzka - błyskotliwy, ironiczny i zdystansowany obraz współczesnego, wyluzowanego Piotrusia Pana, testera gier komputerowych.Kiedy lekkość bytu się zawiesza, kampienie jest dobrą strategią na przetrwanie, nie tylko w grach komputerowych. "Niewinni czarodzieje" ery cyfrowej?







 "Zjednoczone stany miłości" Tomasza Wasilewskiego, nagrodzone na Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem. Cztery kobiety, cztery życia, cztery niespełnienia i Polska lat 90.tych. Umiejętność wyczucia czasu i budowania metafor/symboli z pozornie nie znaczących zdarzeń, to był znak firmowy Wajdy. Wasilewski też to potrafi.  I jeszcze te wspaniałe aktorki: Dorota Kolak, Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Marta Nieradkiewicz. Nowe "Panny z Wilka", ale czemu aż tak nieszczęśliwe?






"Wszystkie nieprzespane noce" Michała Marczaka. Fabularyzowany dokument o dwudziestolatkach w permanentnej balandze. Formalnie znakomicie zrobiony film z ironicznie życzliwym  spojrzeniem na manieryczny bełkot pokoleniowy, z którego się zwykle wyrasta. Nagroda w Sundance za reżyserię, film, który dzieli widzów na tak i nie, bez stanów pośrednich.






"Plac zabaw" fabularny debiut dokumentalisty Bartosza Kowalskiego. Mocny, drastyczny film o przemocy i złu, które wyłażą nie wiadomo skąd. Paraliżujący "horror społeczny" w środowisku dzieci, bez gotowych diagnoz i odpowiedzi.






poniedziałek, 31 października 2016

Zbierzmy się

"Gdy październik wraz z ciepłą bielizną, zsyła smutek na ciebie doroczny..."  to  udział  w kolejnym Kongresie Kultury,  może przekonywać, że nie tylko powracający cyklicznie październik ma patent na tego typu melancholię. Stworzony przez obywatelską inicjatywę ludzi kultury, pozainstytucjonalny, wynikający z "potrzeby chwili" Kongres Kultury odbył się 7-9 października 2016 w nomen omen Pałacu Kultury w Warszawie, pod mobilizującym hasłem "Zbierzmy się!".

Kongresy kultury  zwoływano w ważnych momentach naszej historii:  "solidarnościowy"
w 1981 został  przerwany wprowadzeniem stanu wojennego i internowaniem wielu jego uczestników, drugi odbył się u progu nowego millenium, w grudniu 2000 roku i reprezentował  jeszcze tzw. kulturę wysoką/akademicką, trzeci, był podsumowaniem dwudziestu lat polskiej wolności i próbą wytyczenia miejsca kultury w życiu publicznym
w dzisiejszej Polsce, zainicjował fundamentalny spór o jej znaczenie i sposoby finansowania,  miał miejsce w 2009 roku w Krakowie.

Wszystkie kongresy kultury były  znaczące i opiniotwórcze. A jednak nic nie zmieni faktu,że w swoim pragmatycznym, mentalnym, cywilizacyjnym  wymiarze  nie były skuteczne i najistotniejsze/strategiczne problemy o których mówiono i pisano nie zostały zrealizowane: obligatoryjna edukacja kulturalna w szkołach i instytucjach kultury z naciskiem na sztukę współczesną, niezależność ideologiczna sztuki, kultury i mediów, poprawa sytuacji  finansowej (kultura jest najsłabiej opłacaną branżą w Polsce, średnia zarobków w 2014 r. wynosiła tu 3 tys. zł brutto, ale jedna czwarta pracowników nie osiągała nawet 2300 zł brutto)  oraz 1%  PKB na kulturę,  nie jako wydatku, ale  zwrotnej  inwestycji w jakość cywilizacyjną społeczeństwa i państwa. Znajdujemy się za to znowu  w czasie sterowania kulturą
w kierunku archaicznych, sentymentalnych i mitycznych paradygmatów. Ich celem jest tworzenie niebiańskiej wspólnoty zjednoczonego po latach upokorzeń narodu, który co jakiś czas i z innych powodów powstaje z kolan. O niebezpieczeństwach i konsekwencjach tego typu działań pisała Maria Janion w proroczym liście do uczestników tegorocznego Kongresu.

Pomimo tych wszystkich niewesołych refleksji, świadomości od lat powtarzanych i niespełnianych  postulatów,  Kongres był spotkaniem ludzi, którzy wiedzą o czym i jak ze sobą rozmawiać. Zaproponowane i demokratycznie wybrane przez uczestników Kongresu ścieżki tematyczne wynikały z najbardziej aktualnych problemów społecznych, takich jak m.in. kultura i demokracja, Europa, migracje, wielokulturowość, odbiorcy/uczestnicy/użytkownicy, organizacja/samoorganizacja/instytucjonalizacja, nowe technologie w kulturze. Niezwykle dramatyczna była opowieść Jarosława Mikołajewskiego o mieszkańcach włoskiej wyspy Lampedusa niedaleko Sycylii, którzy  ofiarnie i z poświęceniem pomagają uchodźcom przypływającym do nich codziennie. Wyczerpani, w złym stanie fizycznym, potrzebują opieki,  a ta niewielka społeczność Lampedusy, na przekór własnym "turystycznym" interesom,  z pełnym zrozumieniem stara się im  ją zapewnić. Ważna część tematów Kongresu dotyczyła zmiany podejścia do kultury dziecięcej: "Dziecko - współczesny odbiorca kultury", "Jakiego kina dla dzieci w Polsce chcemy?", "Czy kultura dla dzieci ma płeć?", "Przekraczanie granicy dzieciństwa". Istotnych tematów w tym obszarze było tak wiele, że  zgodzono się z  potrzebą zorganizowania osobnego kongresu,  dotyczącego tylko kultury dzieci i młodzieży.

Być może był to  ostatni  organizowany w tak szerokim zakresie  kongres kultury, gdyż według statystyk organizatorów ponad  60% jego uczestników ukończyło 50 lat (sic!) i nowa zmiana pokoleniowa zaproponuje w przyszłości inną formę debaty o kulturze.
Kongres sformułował ponad 100 postulatów wobec władzy centralnej i lokalnej, instytucji kultury, szkół, biznesu i twórców. Najważniejsze to:
  •    Zwiększenie roli edukacji dla kultury i poprzez kulturę.
  •     Wzmocnienie roli instytucji upowszechniających kulturę.
  •     Przeznaczenia na kulturę 1 proc. podatku CIT.
  •     Mocniejsza walka z dyskryminacją kobiet, także w instytucjach kultury.
  •     Objęcie twórców niezatrudnionych na etatach ubezpieczeniami społecznymi.
  •     Wypracowanie sposobów integracji imigrantów i lepsza ochrona mniejszości etnicznych.
  •     Poważniejsze traktowanie kultury dla dzieci i dzieci jako odbiorców kultury.





















 

piątek, 30 września 2016

Posłaniec



Sztuka to najlepszy sposób ignorowania życia jak mówi Fernando Pessoa w "Księdze niepokoju". Zdarzyło mi się niedawno zignorować  "dzień dzisiejszy" i  po raz któryś zobaczyć "Posłańca", akurat "leciał" w TVP Kultura. Trzeba zresztą przyznać, że stacja ta trzyma całkiem niezły poziom  filmowy."Posłaniec" Josepha Loseya (1971, Grand Prix w Cannes),  to jeden z tych filmów, o których można powiedzieć, że jest doskonały w każdym elemencie: reżyserskim, aktorskim, scenariuszowym, scenograficznym i (lost but not least) i muzycznym. Losey tworzył filmy wysmakowane estetycznie,  o szczególnym psychologicznym klimacie zagrożenia, niedopowiedzenia i tajemnicy. Scenariusze pisali dla niego znakomici dramaturdzy m.in.  noblista Harold Pinter,  twórca tzw. „komedii zagrożenia” (comedy of menace), obnażającej pozorność komunikacji między ludźmi i dramatyczną bezradność człowieka zarówno wobec świata zewnętrznego, jak i własnej podświadomości.

W "Posłańcu" stworzył Pinter dwa wątki czasowe (ten sam zabieg powtórzył w późniejszej "Kochanicy Francuza"), dzięki czemu  pozornie nieistotne zdarzenie "wieku młodzieńczego" nabrało cech dramatyzmu i miało swoje konsekwencje przez całe życie tytułowego posłańca. Przypuszczam, że ulegamy  magii tego filmu ponieważ  każdy ma w swoim życiu  przynajmniej jedno  zdarzenie, niby  dawno zapomniane i nieistotne, a jednak w jakiś sposób decydujące. Każdy z nas był też kiedyś nieświadomą, wtłoczoną w poczucie winy i "robioną w konia" postacią dramatu, którego zrozumienie było bolesne i zajęło sporo czasu . Nieprzemijający urok tego filmu polega też na tym , że z upływem czasu,  dostrzegamy w nim  co raz więcej ukrytych znaczeń i  za każdym razem, oglądając go, gdzie indziej widzimy sedno dramatu. W "Posłańcu"  pozornie letnim i niespiesznym, ulegamy intensywnym emocjom, bo wszystkie postacie w tym filmie są ważne i tworzą precyzyjną całość, jak w muzyce Bacha, do której nawiązują w tym filmie kompozycje Michela Legranda.









Losey miał swoich ulubionych aktorów, którzy w tamtym czasie, przełomie lat 60. i 70. byli już znakomici/kultowi i  takimi pozostali do dzisiaj.
Nawet po latach ogląda się ich wspaniale: Julie Christie, Alan Bates (w "Posłańcu" i "Z dala od zgiełku"), Dirk Bogarde w "Służącym", Alain Delon w "Panu Klein"... Jest w  "Posłańcu"  kilka zniewalających scen i zdań ("Nothing is ever a lady's fault"), kilka  uniesień za sprawą  muzyki Michela Legranda  i  urody  krajobrazu,  jak z  Moneta.



Pole maków” (Coquelicots)
olej 1873, Claude Monet, Muzeum d’Orsey




 Posłaniec (1971)
reż. Joseph Losey
scenariusz: Harald Pinter wg powieści L.P. Hartleya
muzyka: Michel Legrand
zdjęcia: Gerry Fisher
w rolach głównych : Julie Christie, Alan Bates, Michel Redgrave, Edward Fox, Dominic Guard










wtorek, 30 sierpnia 2016

Wsola



Rzecz wydała mi się o tyle paradoksalna, że droga  krajowa nr 7, to dla mnie teraz żywa egzemplifikacja "Siódemki" Ziemowita Szczerka*, powieści pełną gębą gombrowiczowskiej. Ojczyzna nasza, dumna i na nowo odrodzona, "Siódemką" przepołowiona, od Tatr do Bałtyku. A w środku niej Mazowsze, kraina płaska i rozległa,  gdzieniegdzie wierzbą płaczącą, bocianem  lub billboardem zabawnym udekorowana. I wśród tego krajobrazu sielskiego i sennego Wsola, z której  Gombrowicz wyjechał w 1939 r. i nigdy już do niej nie wrócił.


A jednak Szczerek Ziemowit, chociaż tyle interesujących zjawisk na owej "Siódemce" po gombrowiczowsku dojrzał, to akurat, za Radomiem się zagapił i Muzeum we Wsoli  patrona swego,  myślę mistrza nawet,  nie dostrzegł. Bo któż by się spodziewał, że wśród tych równin mazowieckich, arcy polskich, taka postać zaistnieć by tam mogła, językiem dziwnym mówiąca. [...]"A wszem wobec Bohaterstwo nasze ukazywać, bo Bohaterstwo nasze wroga przemoże, Bohaterstwo, Bohaterstwo Bohaterów naszych nieodparte, niezmożone trwogą moce piekielne napełni, które przed Bohaterstwem naszym  zadrżą i ustąpią! (Porwali się więc, a pierwszy Minister, drugi Pułkownik, trzeci Radca i krzyczą: - Bohater, Bohater, Bohaterstwo!) Ja na kolana padłem."[...]**

Muzeum Witolda Gombrowicza
we Wsoli koło Radomia

 Muzeum Witolda Gombrowicza  powstało w 2009 r. , w dawnym wsolskim dworze Jerzego Gombrowicza, brata pisarza i jego żony Aleksandry. Jak podano w przewodniku mieści się ono  "w rezydencji pałacowej, usytuowanej w zabytkowym parku. Oglądać w nim można ekspozycję biograficzną „Ja, Gombrowicz”, na którą składają się nie tylko cenne pamiątki po Gombrowiczu, ale również fragmenty jego tekstów, komentujące życie i twórczość autora „Kosmosu”. Pewnie by się zdziwił, że w kraju naszym sienkiewiczowskim i dla niego kącik się znalazł.



Muzeum Witolda Gombrowicza
we Wsoli koło Radomia


Jeżeli zdarzy wam się jazda  drogą krajową Nr 7, np. z Krakowa do Warszawy albo odwrotnie, nie przegapcie Wsoli, miejscowości koło Radomia,  bo tam jest trochę o Nim, a On  niby z naszych, ale jakby nie nasz, obcy mimo wszystko i coraz bardziej,  niestety.

 *Ziemowit Szczerek, Siódemka,
  Kraków, Korporacja Ha!art, 2014

**Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk,
Witold Gombrowicz Dzieła T.3, red. naukowa Jan Błoński
Kraków, WL, 1986, s. 67





czwartek, 21 lipca 2016

Multikulti


Mieszanie ras, języków, kultur, obyczajów jest wynikiem nieustannych zmian i konfliktów, które są nie do uniknięcia, zwłaszcza tam, gdzie emigranci stanowią dużą część społeczeństwa  i mimo problemów mają  istotny udział w bogactwie kulturowym i gospodarczym. Najczęściej źródłem najgorszych tragedii/wojen są rozniecane przez polityków/proroków/autokratów konflikty na tle religijnym, rasowym, cywilizacyjnym, etnicznym, etc.  I zawsze znajdą się wyznawcy/wykonawcy gotowi się dla nich poświęcić . W każdej społeczności znajdują się  też niestabilni psychicznie frustraci, dla których istnienie ideologicznych i religijnych reżimów (których wcale nie muszą być wyznawcami), jest znakomitym  pretekstem do działania a czasem nawet je sankcjonuje.


Kiedy w Dzień Bastylii , Tunezyjczyk ze stałym pobytem we Francji rozjechał ciężarówką kilkadziesiąt  osób na Bulwarze Anglików w Nicei, polski minister spraw wewnętrznych orzekł, że to tragiczne zdarzenie jest skutkiem uprawiania polityki wielokulturowej, LGBT i tak zwanej poprawności politycznej prowadzonej przez Zachód. Wielokulturowość według naszego ministra  polega na tolerowaniu obcych kulturowo osobników,  którzy nie identyfikuj europejskimi/chrześcijańskimi wartościami i przez to stwarzają śmiertelne zagrożenie. Na dodatek liberalny, lewacki Zachód  traktuje ich pobłażliwie i zamiast wszystkich bezwzględnie karać/wyrzucać/zamykać/ograniczać,  organizuje jakieś śmieszne wiece przeciw nienawiści, składa kwiatki, roni łzy i maluje kolorowymi kredkami (sic!) infantylne hasełka. To proste wytłumaczenie przyczyn istnienia terroru  jest możliwe gdy uważa się, że problemu by nie było, gdyby cały świat należał do białych katolików, najlepiej Polaków.


Nasz minister walczy na swój sposób przeciw zagrażającej nam fali uchodźców, która mogłaby islamizować nasz kraj. Muzułmanów znamy przecież z powieści Sienkiewicza, więc minister wie do czego są zdolni i  jak z nimi   postępować  i może też  po chrześcijańsku pouczać i udzielać dobrych rad krajom, w których żyją ich miliony i na dodatek cały czas ich przybywa . Minister wie też co nasze społeczeństwo myśli o wielokulturowości, poprawności politycznej i LGBT ponieważ czerpie informacje od zaprzyjaźnionych środowisk  wywodzących się z grup kibicowskich, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR i całej rzeszy prawdziwych patriotów.  Polska gościnność i tolerancja wobec przedstawicieli innych kultur w ich wydaniu jest zresztą powszechnie znana i stanowi najskuteczniejszą anty emigrancką zaporę.  Problem w tym, że inne kraje do których my z kolei chcielibyśmy wyjeżdżać a niektórzy nawet (a fe) emigrować, też mają swoich patriotów,  niekoniecznie  nam przychylnych.

Przekonywanie, że całe zło świata bierze się z wielokulturowości i poprawności politycznej  bywa też ryzykowane  dla  samej władzy ponieważ w jakiejś perspektywie czasowej  każda opcja  może być uznana za obcą (już teraz jesteśmy "posortowani")  i  bez skompromitowanych wcześniej eufemizmów: wielokulturowości, poprawności politycznej (i niezależnych sądów),
w najlepszym przypadku zostanie strącona w niebyt. Lepiej już konsekwentnie winę zrzucać na Tuska.





                                                      




wtorek, 31 maja 2016

Kapelusik, konik, kawiarenka







Z okazji 25. lecia Międzynarodowego Centrum Kultury, Kraków zastanawiał się nad swoimi ambicjami,  dziedzictwem, tożsamością, przyszłością  i znaczeniem w Europie Środkowej, podczas dwudniowej konferencji pod nazwą "Kraków i świat". Szanowne grono zaproszonych gości z kraju i ze świata w swoich wypowiedziach doceniło zwłaszcza galicyjskie  klimaty miasta, wyczuwalne  m.in. w sławnych krakowskich kawiarniach. Przedstawiciele  miast zaprzyjaźnionych, z Wiednia, Lwowa i Lublany, przy całej atencji dla Miasta Gospodarza, uznali jednak,  że u nich kawiarnie są równie dobre, a może nawet lepsze od krakowskich. Dostojni paneliści byli też raczej zgodni (bez wdawania się w szczegóły), co do wyjątkowej pozycji Krakowa w świecie, chociaż głos odrębny wygłosił gość z Nowego Jorku, który dość obcesowo poinformował zebranych, że w USA o Krakowie nikt nie słyszał. Bardzo ciekawie w tym kontekście zabrzmiała sentencjonalna wypowiedź japońskiego polonisty, który oznajmił, że w Japonii największą wartość ma to, co nieznane/nieodkryte, czyli we współczesnym/wirtualnym znaczeniu, po prostu to, czego nie ma w Google. Uczona z Jerozolimy uświadomiła zebranym, że dla objętych bezwzględnym zakazem kontaktów z tubylcami i specjalnie chronionych, młodych turystów z Izraela, Kraków jest zaskakującym/szokującym swoją żywotnością miastem - przystankiem, w drodze do/z Auschwitz.







W panelu literackim zastanawiano się nad obrazem Krakowa w polskiej i obcej literaturze. I tutaj zaskoczeniem/sensacją dla zgromadzonej publiczności była obecność nieznanego szerzej Johna Hopkina, brytyjskiego pisarza, którego przedstawiono jako miłośnika polskiej i środkowoeuropejskiej literatury, który jest autorem nieznanego u nas utworu o intrygującym tytule "Nawet wrony kraczą Kraków"("Even the Crows Say Krakow"). Jego powieść "Zatopiona zima" została już jednak zauważona i wydana w krakowskim "Znaku". Fragment anonimowej recenzji, wskazuje, że powieść ta może być ciekawym przyczynkiem do badań nad potencjałem kulturowym miasta: "Istnieje miasto w nieustannie zmieniającej się i nękanej wstrząsami różnorakimi Europie Środkowej: obciążony historią i kulturą Kraków. Od kilku lat przeżywa intensywne oblężenie za sprawą zagranicznych turystów, których kuszą opowieści o tym historycznym mieście bądź nieco niższe ceny niż w większości europejskich metropolii. Pośród tłumów głośnych, upojonych napojami z chmielu, rozrywkowych, hedonistycznie kłębiących się na krakowskim rynku i zaludniających co modniejsze kluby turystów można odnaleźć prawdziwych pasjonatów, którzy z szeroko otwartymi oczami duszy przechadzają się ulicami i próbują zmierzyć się z pojęciem „genius loci". Złośliwcy (ekolodzy) mówią, że krakowski genius loci jest bardzo wyczuwalny, bo unosi się  na  benzo(a)pirenie.







W ciekawym panelu "Kraków miastem przyszłości" rozmówcy zgodzili się ze stwierdzeniem, że największą wartością miasta są jego mieszkańcy i w Krakowie należy zastanowić się nad zahamowaniem tendencji do wypierania mieszkańców przez turystów, zwłaszcza w centralnych punktach miasta, które już dzisiaj rażą jarmarczną sztucznością. Bogactwem miasta są przemysły kreatywne. Ale kreatywność nie może być rozumiana jako indywidualna zdolność do działań innowacyjnych bez systemowego wsparcia państwa i samorządów. Na koniec refleksja prof. Jerzego Hausnera,  ważna w kontekście postępującej komercjalizacji kultury, że nie wszystko to, co przynosi zysk jest dobre dla miasta i generuje jego rozwój.

Zakończeniem całej konferencji był wykład "Kraków - miasto ambicji" Charlesa Landry’ego, światowej sławy autorytetu w kwestii wykorzystania wyobraźni do generowania trwałej zmiany w mieście, autora  "Miasta kreatywnego".  Czynniki budujące sukces miasta: wyobraźnia, pasja, ambicja połączona z otwartością, motywacja, łączenie tradycji z innowacyjnością, spójność społeczna. Proste.

W konferencyjnym ferworze umknęły argumenty na rzecz europejskości Krakowa, którą "wytwarza" sam Szacowny Jubilat czyli Międzynarodowe Centrum Kultury, broniąc jak samuraj kulturalnego dziedzictwa przed naporem przetaczającego się przez krakowski Rynek badziewia. Najnowsza, znakomita wystawa  prezentowana w MCK "Max Ernst. Sny ornitologa"  jest tej obrony najlepszym przykładem.




                                   


piątek, 29 kwietnia 2016

Dobra zmiana


Jednym z osiągnięć ostatnich 25. lat było mozolne wpisywanie Polski w konteksty cywilizacyjne, historyczne i kulturowe Europy.  Po wejściu do Unii Europejskiej zaczął się dla nas czas otwarcia dla siebie i dla świata. Polska kultura a zwłaszcza współczesny teatr i sztuki wizualne były /są  najlepszą wizytówką naszej obecności w świecie. I nagle okazało się, że mamy tyle ciekawych rzeczy do pokazania, sobie i światu. Mieliśmy satysfakcję, że do różnych miejsc na świecie dociera polski film i teatr, że są obecni polscy artyści, bywają polskie książki.  W Polsce też zaczęły się zapełniać ludźmi nowe muzea, filharmonie i galerie sztuki, które obok zabytków, parków i architektury, zaczęły tworzyć ciekawą przestrzeń publiczną  o docenionym znaczeniu. Czegoś nam jednak zabrakło w" bazie i nadbudowie, bo postanowiliśmy  mimo wszystko wskrzesić nasze narodowe demony, lekko tylko  uśpione europejskim znieczuleniem.


Piotr Uklański, Naziści
"Zachęta" Galeria Narodowa, 2000r.

Zaczęliśmy wszędzie  od nowa  budować starą "dobrą zmianę", również w historii, kulturze i języku. Powracamy znowu do gloryfikowania narodowych nieszczęść, przegranych powstań, postaci wyklętych, spisków, zdrad, targowic, napuszonych sloganów. Powróciliśmy do naszego narodowo-katolickiego  zaścianka z całą jego zapiekłą ksenofobią i nietolerancją. Odwróciliśmy się tyłem do problemów i standardów współczesnego świata, przekonani o własnych racjach, wyjątkowości i złudzeniu, że "nasza chata z kraja". Dokonujemy semantycznych rewolucji nazywając ułamek społeczeństwa - narodem/suwerenem, łamanie prawa - jego obroną, dewocyjną kazuistykę - religią, wykluczenie i nepotyzm - miłością bliźniego, zatruwanie powietrza i wycinanie drzew - ochroną środowiska, hejt i nienawiść - patriotyzmem,  ramotę i nadęcie - sztuką. Na koniec tej jeremiady - pocieszenie: otwarto w Krakowie, dzięki determinacji wspaniałej Zofii Gołubiew, kawałek Maisons-Laffitte - Pawilon Józefa Czapskiego, uroczego człowieka, artysty, humanisty. Emigranta.


Pawilon Józefa Czapskiego,
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie
ul. Piłsudskiego 12