Można powiedzieć, że dopóki są tenisowe turnieje wielkoszlemowe świat jest jeszcze mniej więcej na swoim miejscu. Właśnie zakończył się Australian Open czyli Wielki Szlem Azji i Pacyfiku, pierwszy z wielkiej czwórki najważniejszych turniejów tenisowych, odbywający się corocznie w drugiej połowie stycznia w Melbourne od 1926 r.
Na wielkoszlemowe mecze rozgrywane na największych kortach świata przychodzi codziennie przez dwa tygodnie po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a transmisje telewizyjne ogląda ponad miliard. Dla wielu z nich tenis to coś więcej niż gra, to filozofia życia. W żadnym innym sporcie nie czuje się przeciwnika, tak jak na korcie tenisowym: to nie tylko umiejętności techniczne i kondycja zawodników decydują o zwycięstwie, bo u wysokiej klasy graczy/profesjonalistów są one bardzo wyrównane.
W tym sporcie najważniejsza jest harmonia umysłu i ciała. Najpierw głowa: prawidłowe rozpoznanie przeciwnika, strategia, refleks i spokój. Potem ciało: kondycja, ogólna sprawność i elegancja ruchów.
Te cechy są częściowo nabywane przez treningi i doświadczenie ale decydujące znaczenie ma jednak w tym sporcie osobowość. Do tego dochodzi przemyślany sposób liczenia punktów podzielony na piłki, gemy i sety tak, że można przegrać cały mecz mając do dyspozycji nawet kilka meczboli albo więcej wygranych od przeciwnika piłek. Liczy się nie to, ile ich było, ale to czy wygrało się te najważniejsze. Dlatego też tenis jest tak fascynującym i emocjonującym widowiskiem.
We Francji, Wielkiej Brytanii i Australii zajęcia dla dzieci w szkółkach tenisowych są masowe i bezpłatne, ponieważ wychodzi się tam z założenia, że ten sport kształtuje pożądane w społeczeństwie cechy charakteru, zapewnia na długo zdrowie i kondycję a w dłuższej perspektywie przynosi również oszczędności budżetowe. Zalety tenisa odkryli też nasi południowi sąsiedzi z Czech i Słowacji, u których tenisowa infrastruktura i wynikająca z niej ilość czynnych tenisistów budzą respekt. Szkoda, że w Polsce nie upowszechnia się tego sportu, nie buduje kortów, nie dotuje. Tenis jest u nas dalej sportem niszowym, elitarnym i dla bogatych. A gdyby tak jeszcze do 500+ dołożyć rakietę (tenisową)...
Byliśmy zawsze wielkim narodem otoczonym samymi wrogami. Walczyliśmy dzielnie pod Termopilami, Grunwaldem i Kartaginą. Ale zdradzieckie siły i niemoc pseudo sojuszników odebrały nam niepodległość na 1000 lat.Teraz, dzięki naszym świętym, niezłomnym i wyklętym, jesteśmy wreszcie suwerennym, demokratycznym królestwem Chrystusa pod specjalną opieką Dziewicy. Dawnych wrogów już się nie boimy, bo wykończy ich wegetariańska dieta, jazda na rowerze, zbytnia dbałość o tak zwaną przyrodę i nadmierna gościnność. Możemy im jeszcze dołożyć efektami naszej miłości do węgla i oldskulowych samochodów. Bliscy nam kulturowo, demokratycznie wybrani przez swoich suwerenów obecni, prawdziwi przywódcy/ojcowie narodów/patrioci z Chin, Rosji, Węgier, USA i Białorusi pomogą nam w tworzeniu Wielkiego Planu Od Morza Do Morza. Zaś naszym wewnętrznym wrogom, hipokrytom, wichrzycielom i warchołom, którzy pod pozorami troski o niczym nie zagrożone, demokratyczne standardy naszego królestwa, przeszkadzają nam w wypełnianiu woli suwerena, mówimy "Uważajcie, Brutusy!".
Fragment "Mowy Juliusza Cezara", Williama Shakespeare'a
Wydanie nowe, zmienione, poprawione, w tł. zbiorowym pod red. Marszałka [et al.].
Warszawa: Wydawnictwa Sejmowe, 2016. Projekt dofinansowany ze środków UE.
Andrzej Wajda był w pewnym sensie symbolistą kina polskiego, coś jak Jacek Malczewski w malarstwie.Umarł też symbolicznie bo 9 października 2016 był ostatnim dniem warszawskiego Kongresu Kultury. Symbolicznie ułożyła się też historia premiery "Powidoków" (powidoki - wizje optyczne powstające w wyniku intensywnego patrzenia w słońce), ostatniego filmu A. Wajdy, z nominacją do Oscara 2017, za - jak czytamy w uzasadnieniu wyboru Komisji Oscarowej - "przejmującą i uniwersalna historię niszczenia jednostki przez system totalitarny". Premiera światowa tego filmu, odbyła się we wrześniu 2016 w Toronto, później film wędrował po świecie, a większość dochodzących do nas recenzji zaczynała się mniej więcej tak: "Jeden z najznakomitszych twórców w historii kina, zdobywca wielu nagród filmowych – Andrzej Wajda, przedstawia historię człowieka niezłomnego, Władysława Strzemińskiego, pioniera polskiej awangardy, ze znakomitą rolą Bogusława Lindy". Polska premiera Powidoków Andrzeja Wajdy, reżysera, który zawsze robił filmy ważne dla Polaków, ma się odbyć podobno w styczniu albo w marcu 2017 (sic!).
Czekając na mocno spóźnione (dlaczego?) "Powidoki" można się skupić na oglądaniu najnowszych i najciekawszych, czterech polskich
filmów, młodych, debiutujących "fabularnie" (poza jednym) reżyserów.
Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: cztery znakomite
filmy,świetnie zrobione i zagrane, problemowe, do dyskusji. Andrzej
Wajda byłby zadowolony, chociaż nie jest to jego kino
literacko-malarsko-symboliczne.
"Kamper"znakomity debiut fabularny Łukasza Grzegorzka - błyskotliwy, ironiczny i zdystansowany obraz współczesnego, wyluzowanego Piotrusia Pana, testera gier komputerowych.Kiedy lekkość bytu się zawiesza, kampienie jest dobrą strategią na przetrwanie, nie tylko w grach komputerowych. "Niewinni czarodzieje" ery cyfrowej?
"Zjednoczone stany miłości" Tomasza Wasilewskiego, nagrodzone na Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem. Cztery kobiety, cztery życia, cztery niespełnienia i Polska lat 90.tych. Umiejętność wyczucia czasu i budowania metafor/symboli z pozornie nie znaczących zdarzeń, to był znak firmowy Wajdy. Wasilewski też to potrafi. I jeszcze te wspaniałe aktorki: Dorota Kolak, Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Marta Nieradkiewicz. Nowe "Panny z Wilka", ale czemu aż tak nieszczęśliwe?
"Wszystkie nieprzespane noce" Michała Marczaka. Fabularyzowany dokument o dwudziestolatkach w permanentnej balandze. Formalnie znakomicie zrobiony film z ironicznie życzliwym spojrzeniem na manieryczny bełkot pokoleniowy, z którego się zwykle wyrasta. Nagroda w Sundance za reżyserię, film, który dzieli widzów na tak i nie, bez stanów pośrednich.
"Plac zabaw" fabularny debiut dokumentalisty Bartosza Kowalskiego. Mocny, drastyczny film o przemocy i złu, które wyłażą nie wiadomo skąd. Paraliżujący "horror społeczny" w środowisku dzieci, bez gotowych diagnoz i odpowiedzi.
"Gdy październik wraz z ciepłą bielizną, zsyła smutek na ciebie doroczny..." to udział w kolejnym Kongresie Kultury, może przekonywać, że nie tylko powracający cyklicznie październik ma patent na tego typu melancholię. Stworzony przez obywatelską inicjatywę ludzi kultury, pozainstytucjonalny, wynikający z "potrzeby chwili" Kongres Kultury odbył się 7-9 października 2016 w nomen omen Pałacu Kultury w Warszawie, pod mobilizującym hasłem "Zbierzmy się!".
Kongresy kultury zwoływano w ważnych momentach naszej historii: "solidarnościowy"
w 1981 został przerwany wprowadzeniem stanu wojennego i internowaniem wielu jego uczestników, drugi odbył się u progu nowego millenium, w grudniu 2000 roku i reprezentował jeszcze tzw. kulturę wysoką/akademicką, trzeci, był podsumowaniem dwudziestu lat polskiej wolności i próbą wytyczenia miejsca kultury w życiu publicznym
w dzisiejszej Polsce, zainicjował fundamentalny spór o jej znaczenie i sposoby finansowania, miał miejsce w 2009 roku w Krakowie.
Wszystkie kongresy kultury były znaczące i opiniotwórcze. A jednak nic nie zmieni faktu,że w swoim pragmatycznym, mentalnym, cywilizacyjnym wymiarze nie były skuteczne i najistotniejsze/strategiczne problemy o których mówiono i pisano nie zostały zrealizowane: obligatoryjna edukacja kulturalna w szkołach i instytucjach kultury z naciskiem na sztukę współczesną, niezależność ideologiczna sztuki, kultury i mediów, poprawa sytuacji finansowej (kultura jest najsłabiej opłacaną branżą w Polsce, średnia zarobków w 2014 r. wynosiła tu 3 tys. zł brutto, ale jedna czwarta pracowników nie osiągała nawet 2300 zł brutto) oraz 1% PKB na kulturę, nie jako wydatku, ale zwrotnej inwestycji w jakość cywilizacyjną społeczeństwa i państwa. Znajdujemy się za to znowu w czasie sterowania kulturą
w kierunku archaicznych, sentymentalnych i mitycznych paradygmatów. Ich celem jest tworzenie niebiańskiej wspólnoty zjednoczonego po latach upokorzeń narodu, który co jakiś czas i z innych powodów powstaje z kolan. O niebezpieczeństwach i konsekwencjach tego typu działań pisała Maria Janion w proroczym liście do uczestników tegorocznego Kongresu.
Pomimo tych wszystkich niewesołych refleksji, świadomości od lat powtarzanych i niespełnianych postulatów, Kongres był spotkaniem ludzi, którzy wiedzą o czym i jak ze sobą rozmawiać. Zaproponowane i demokratycznie wybrane przez uczestników Kongresu ścieżki tematyczne wynikały z najbardziej aktualnych problemów społecznych, takich jak m.in. kultura i demokracja, Europa, migracje, wielokulturowość, odbiorcy/uczestnicy/użytkownicy, organizacja/samoorganizacja/instytucjonalizacja, nowe technologie w kulturze. Niezwykle dramatyczna była opowieść Jarosława Mikołajewskiego o mieszkańcach włoskiej wyspy Lampedusa niedaleko Sycylii, którzy ofiarnie i z poświęceniem pomagają uchodźcom przypływającym do nich codziennie. Wyczerpani, w złym stanie fizycznym, potrzebują opieki, a ta niewielka społeczność Lampedusy, na przekór własnym "turystycznym" interesom, z pełnym zrozumieniem stara się im ją zapewnić. Ważna część tematów Kongresu dotyczyła zmiany podejścia do kultury dziecięcej: "Dziecko - współczesny odbiorca kultury", "Jakiego kina dla dzieci w Polsce chcemy?", "Czy kultura dla dzieci ma płeć?", "Przekraczanie granicy dzieciństwa". Istotnych tematów w tym obszarze było tak wiele, że zgodzono się z potrzebą zorganizowania osobnego kongresu, dotyczącego tylko kultury dzieci i młodzieży.
Być może był to ostatni organizowany w tak szerokim zakresie kongres kultury, gdyż według statystyk
organizatorów ponad 60% jego uczestników ukończyło 50 lat (sic!) i nowa
zmiana pokoleniowa zaproponuje w przyszłości inną formę debaty o
kulturze.
Kongres sformułował ponad 100 postulatów wobec władzy centralnej i lokalnej, instytucji kultury, szkół, biznesu i twórców. Najważniejsze to:
Zwiększenie roli edukacji dla kultury i poprzez kulturę.
Wzmocnienie roli instytucji upowszechniających kulturę.
Przeznaczenia na kulturę 1 proc. podatku CIT.
Mocniejsza walka z dyskryminacją kobiet, także w instytucjach kultury.
Objęcie twórców niezatrudnionych na etatach ubezpieczeniami społecznymi.
Wypracowanie sposobów integracji imigrantów i lepsza ochrona mniejszości etnicznych.
Poważniejsze traktowanie kultury dla dzieci i dzieci jako odbiorców kultury.
Sztuka to najlepszy sposób ignorowania życia jak mówi Fernando Pessoa w "Księdze niepokoju". Zdarzyło mi się niedawno zignorować "dzień dzisiejszy" i po raz któryś zobaczyć "Posłańca", akurat "leciał" w TVP Kultura. Trzeba zresztą przyznać, że stacja ta trzyma całkiem niezły poziom filmowy."Posłaniec" Josepha Loseya (1971, Grand Prix w Cannes), to jeden z tych filmów, o których można powiedzieć, że jest doskonały w każdym elemencie: reżyserskim, aktorskim, scenariuszowym, scenograficznym i (lost but not least) i muzycznym. Losey tworzył filmy wysmakowane estetycznie, o szczególnym psychologicznym klimacie zagrożenia, niedopowiedzenia i tajemnicy. Scenariusze pisali dla niego znakomici dramaturdzy m.in. noblista Harold Pinter, twórca tzw. „komedii zagrożenia” (comedy of menace), obnażającej pozorność komunikacji między ludźmi i dramatyczną bezradność człowieka zarówno wobec świata zewnętrznego, jak i własnej podświadomości.
W "Posłańcu" stworzył Pinter dwa wątki czasowe (ten sam zabieg powtórzył w późniejszej "Kochanicy Francuza"), dzięki czemu pozornie nieistotne zdarzenie "wieku młodzieńczego" nabrało cech dramatyzmu i miało swoje konsekwencje przez całe życie tytułowego posłańca. Przypuszczam, że ulegamy magii tego filmu ponieważ każdy ma w swoim życiu przynajmniej jedno zdarzenie, niby dawno zapomniane i nieistotne, a jednak w jakiś sposób decydujące. Każdy z nas był też kiedyś nieświadomą, wtłoczoną w poczucie winy i "robioną w konia" postacią dramatu, którego zrozumienie było bolesne i zajęło sporo czasu . Nieprzemijający urok tego filmu polega też na tym , że z upływem czasu, dostrzegamy w nim co raz więcej ukrytych znaczeń i za każdym razem, oglądając go, gdzie indziej widzimy sedno dramatu. W "Posłańcu" pozornie letnim i niespiesznym, ulegamy intensywnym emocjom, bo wszystkie postacie w tym filmie są ważne i tworzą precyzyjną całość, jak w muzyce Bacha, do której nawiązują w tym filmie kompozycje Michela Legranda.
Losey miał swoich ulubionych aktorów, którzy w tamtym czasie, przełomie lat 60. i 70. byli już znakomici/kultowi i takimi pozostali do dzisiaj.
Nawet po latach ogląda się ich wspaniale: Julie Christie, Alan Bates (w "Posłańcu" i "Z dala od zgiełku"), Dirk Bogarde w "Służącym", Alain Delon w "Panu Klein"... Jest w "Posłańcu" kilka zniewalających scen i zdań ("Nothing is ever a lady's fault"), kilka uniesień za sprawą muzyki Michela Legranda i urody krajobrazu, jak z Moneta.
Pole maków” (Coquelicots)
olej 1873, Claude Monet, Muzeum d’Orsey
Posłaniec (1971)
reż. Joseph Losey
scenariusz: Harald Pinter wg powieści L.P. Hartleya
muzyka: Michel Legrand
zdjęcia: Gerry Fisher
w rolach głównych : Julie Christie, Alan Bates, Michel Redgrave, Edward Fox, Dominic Guard
Rzecz wydała mi się o tyle paradoksalna, że droga krajowa nr 7, to dla mnie teraz żywa egzemplifikacja "Siódemki" Ziemowita Szczerka*, powieści pełną gębą gombrowiczowskiej. Ojczyzna nasza, dumna i na nowo odrodzona, "Siódemką" przepołowiona, od Tatr do Bałtyku. A w środku niej Mazowsze, kraina płaska i rozległa, gdzieniegdzie wierzbą płaczącą, bocianem lub billboardem zabawnym udekorowana. I wśród tego krajobrazu sielskiego i sennego Wsola, z której Gombrowicz wyjechał w 1939 r. i nigdy już do niej nie wrócił.
A jednak Szczerek Ziemowit, chociaż tyle interesujących zjawisk na owej "Siódemce" po gombrowiczowsku dojrzał, to akurat, za Radomiem się zagapił i Muzeum we Wsoli patrona swego, myślę mistrza nawet, nie dostrzegł. Bo któż by się spodziewał, że wśród tych równin mazowieckich, arcy polskich, taka postać zaistnieć by tam mogła, językiem dziwnym mówiąca. [...]"A wszem wobec Bohaterstwo nasze ukazywać, bo Bohaterstwo nasze wroga przemoże, Bohaterstwo, Bohaterstwo Bohaterów naszych nieodparte, niezmożone trwogą moce piekielne napełni, które przed Bohaterstwem naszym zadrżą i ustąpią! (Porwali się więc, a pierwszy Minister, drugi Pułkownik, trzeci Radca i krzyczą: - Bohater, Bohater, Bohaterstwo!) Ja na kolana padłem."[...]**
Muzeum Witolda Gombrowicza
we Wsoli koło Radomia
Muzeum Witolda Gombrowicza
powstało w 2009 r. , w dawnym wsolskim dworze Jerzego
Gombrowicza, brata pisarza i jego żony Aleksandry. Jak podano w przewodniku mieści się ono "w
rezydencji pałacowej, usytuowanej w zabytkowym parku. Oglądać w nim
można ekspozycję biograficzną „Ja, Gombrowicz”, na którą składają się
nie tylko cenne pamiątki po Gombrowiczu, ale również fragmenty jego
tekstów, komentujące życie i twórczość autora „Kosmosu”. Pewnie by się zdziwił, że w kraju naszym sienkiewiczowskim i dla niego kącik się znalazł.
Muzeum Witolda Gombrowicza
we Wsoli koło Radomia
Jeżeli zdarzy wam się jazda drogą krajową Nr 7, np. z Krakowa do Warszawy albo odwrotnie, nie przegapcie Wsoli, miejscowości koło Radomia, bo tam jest trochę o Nim, a On niby z naszych, ale jakby nie nasz, obcy mimo wszystko i coraz bardziej, niestety.
Mieszanie ras, języków, kultur, obyczajów jest wynikiem nieustannych zmian i konfliktów, które są nie do uniknięcia, zwłaszcza tam, gdzie emigranci stanowią dużą część społeczeństwa i mimo problemów mają istotny udział w bogactwie kulturowym i gospodarczym. Najczęściej źródłem najgorszych tragedii/wojen są rozniecane przez polityków/proroków/autokratów konflikty na tle religijnym, rasowym, cywilizacyjnym, etnicznym, etc. I zawsze znajdą się wyznawcy/wykonawcy gotowi się dla nich poświęcić . W każdej społeczności znajdują się też niestabilni psychicznie frustraci, dla których istnienie ideologicznych i religijnych reżimów (których wcale nie muszą być wyznawcami), jest znakomitym pretekstem do działania a czasem nawet je sankcjonuje.
Kiedy w Dzień Bastylii , Tunezyjczyk ze stałym pobytem we Francji rozjechał
ciężarówką kilkadziesiąt osób na Bulwarze Anglików w Nicei, polski
minister spraw wewnętrznych orzekł, że to tragiczne zdarzenie jest
skutkiem uprawiania polityki wielokulturowej, LGBT i tak zwanej
poprawności politycznej prowadzonej przez Zachód. Wielokulturowość
według naszego ministra polega na tolerowaniu obcych kulturowo
osobników, którzy nie identyfikuj europejskimi/chrześcijańskimi
wartościami i przez to stwarzają śmiertelne zagrożenie. Na dodatek
liberalny, lewacki Zachód traktuje ich pobłażliwie i zamiast wszystkich
bezwzględnie karać/wyrzucać/zamykać/ograniczać, organizuje jakieś śmieszne wiece przeciw nienawiści,
składa kwiatki, roni łzy i maluje kolorowymi kredkami (sic!) infantylne hasełka. To
proste wytłumaczenie przyczyn istnienia terroru jest możliwe
gdy uważa się, że problemu by nie było, gdyby cały świat należał do białych katolików, najlepiej Polaków.
Nasz minister walczy na swój sposób przeciw zagrażającej nam fali uchodźców, która mogłaby islamizować nasz kraj. Muzułmanów znamy przecież z powieści Sienkiewicza, więc minister wie do czego są zdolni i jak z nimi postępować i może też po chrześcijańsku pouczać i udzielać dobrych rad krajom, w których żyją ich miliony i na dodatek cały czas ich przybywa . Minister wie też co nasze społeczeństwo myśli o wielokulturowości, poprawności politycznej i LGBT ponieważ czerpie informacje od zaprzyjaźnionych środowisk wywodzących się z grup kibicowskich, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR i całej rzeszy prawdziwych patriotów. Polska gościnność i tolerancja wobec przedstawicieli innych kultur w ich wydaniu jest zresztą powszechnie znana i stanowi najskuteczniejszą anty emigrancką zaporę. Problem w tym, że inne kraje do których my z kolei chcielibyśmy wyjeżdżać a niektórzy nawet (a fe) emigrować, też mają swoich patriotów, niekoniecznie nam przychylnych.
Przekonywanie, że całe zło świata bierze się z wielokulturowości i
poprawności politycznej bywa też ryzykowane dla samej władzy ponieważ w
jakiejś perspektywie czasowej każda opcja może być uznana za obcą (już teraz jesteśmy "posortowani") i bez skompromitowanych wcześniej eufemizmów: wielokulturowości, poprawności politycznej (i niezależnych
sądów),
w najlepszym przypadku zostanie strącona w niebyt. Lepiej już
konsekwentnie winę zrzucać na Tuska.